← początek

Kiedy ostatni legionista wsiada na statek

2 stycznia 2026

Paul Cooper w swoim podcaście „Fall of Civilizations” opisuje upadki przeszłych cywilizacji, od wielkich, jak starożytne imperia, po niewielkie, jak kultura Wyspy Wielkanocnej. Dzisiaj wracam myślami do pierwszego odcinka, traktującego o wycofaniu się rzymskich legionów z Brytanii.

Jak czuli się mieszkańcy Brytanii, kiedy rzymska administracja opuszczała ich kraj? Pomimo czterystu lat rządów łacina wciąż była na prowincji obcym językiem, lecz administracja imperium musiała stanowić ważny punkt odniesienia. Czy ludzie, widząc wyjeżdżających urzędników i legionistów, zadawali sobie pytanie „Co teraz z nami będzie”? Czy na własną rękę, bez wsparcia stolicy Imperium, organizowali życie według dotychczasowych wzorców?

Lecz przecież decyzja o opuszczeniu Brytanii to nie był kaprys podjęty z dnia na dzień. W całym imperium od wielu, wielu lat nie działo się dobrze. Świadectwa archeologiczne pokazują, że publiczne budynki były zaniedbane bądź opuszczone dużo wcześniej. Żyjący wówczas ludzie musieli siedzieć i wspominać, że „kiedyś to były czasy”.

Czemu o tym piszę? Bo widzę pewną analogię między Rzymem w piątym stuleciu a USA w dwudziestym pierwszym. Co prawda Ameryka nie jest bezpośrednio zagrożona najazdami barbarzyńców, ich granic nikt nie atakuje, ale na naszych oczach widzimy, jak imperium słabnie i zaczyna się potykać.

Jeśli można wyciągnąć jakiś wniosek z podcastu Paula Coopera, to że imperia upadają z dwóch przyczyn: zmian klimatycznych (czy to spowodowanych przez człowieka, czy naturalnych) albo słabych przywódców, którzy wplątują kraj w niepotrzebne wojny lub nie umieją poradzić sobie z zewnętrznymi zagrożeniami.

Niedawne imperium, narzucające całemu światu Pax Americana, obecnie na własną prośbę rezygnuje z tego statusu. Z powodu kłopotów wewnętrznych zaczęło porzucać swoich sojuszników, zaczynając od najsłabszych. Ograniczenie USAID oznaczało całkowite odpuszczenie sobie soft power w krajach zależnych od pomocy międzynarodowej, zostawiając olbrzymią lukę dla innych sił. „Co teraz z nami będzie” to na pewno pytanie, które teraz tam rozbrzmiewa.

Nowe strategie bezpieczeństwa USA każą nam się zastanawiać, czy nasze sojusze są tak trwałe, jak myśleliśmy. Czy za parę lat nie nastąpi zwrot w polityce i amerykańskie legiony odmaszerują do ojczyzny, zostawiając Europę swojemu losowi?

Zastanawiam się, czy niepokój, jaki teraz czujemy, poczucie, że ktoś lada moment wyszarpnie nam dywan spod stóp, nie jest takim samym niepokojem, jaki czuli rzymscy obywatele Brytanii na kilka czy kilkanaście lat przed wyjazdem ostatniego legionu? Czy widząc i rozumiejąc, co dzieje się w Imperium, nie zastanawiali się nad swoją przyszłością? Czy zastanawiali się, jak będzie wyglądał ich kraj bez ochronnego parasola obcego wojska, kiedy od północy nieustannie czyhali Piktowie, a na wschodzie krwiożerczy Duńczycy?

Myślę, że obserwujemy na żywo upadek cywilizacji amerykańskiej. Słabe przywództwo ORAZ kryzys klimatyczny doprowadzą do upadku. Kraj raczej nie padnie pod najazdami wrogów, ale ciosy ekonomiczne są równie dotkliwe. Niegdysiejszy „globalny policjant” przejdzie na emeryturę i zostanie co najwyżej strażnikiem w supermarkecie. Zamiast rozbijać przestępcze gangi, będzie pałował drobnych pijaczków.

A co z nami? Co z nami będzie? Wydaje się, że przywódcy europejscy rozumieją, co się dzieje. Zwrot ku (od)budowaniu własnego przemysłu zbrojeniowego to właściwa decyzja w naszej sytuacji, ale rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Nie na samej sile wojska opierała się współpraca ponadatlantycka. Czy nasi przywódcy będą umieli odnaleźć się w świecie, który nie respektuje już dawnych reguł?

Nie wiem. Nie wiem też, co teraz z nami będzie. Wiem jedynie, że kiedyś to były czasy…