O Hakerze
15 grudnia 2025
Oto opowieść o Hakerze, Psie przez wielkie P.
Pies Haker i początek
Kiedy nadszedł ten moment, kiedy stało się jasne, że rodzina jest niekompletna, nie może nazywać się Prawdziwą Rodziną, jeśli nie ma w niej psa, zaczęły się dyskusje: no dobrze, ale jakiego?
Ja chciałem dużego. Dzieci chciały białego. Przez pewien czas rozważaliśmy samojeda, kiedy nagle okazało się, że u hodowcy z naszej okolicy urodził się rzadki, całkowicie biały malamut. Nie albinos, ale właśnie biały. Pojechaliśmy obejrzeć… i jak się okazało, że ma na imię Haker, to było po nas. Duży, biały, o imieniu niejako związanym z moim zawodem. To był znak.
Pies Haker i obserwacja mamy
Kiedy byliśmy mali, urządziliśmy z siostrą kampanię pt. „My chcemy pieska!”. To była zorganizowana akcja z protestami w przedpokoju, skandowaniem haseł, oklejaniem domu plakatami. Takie mieliśmy pomysły. Kampania zakończyła się sukcesem w postaci bardzo sympatycznego jamnika szorstkowłosego imieniem Cekin.
A jak Haker miał ze dwa-trzy lata, moja mama, już nie pamiętam przy jakiej okazji, może byliśmy u nich, może oni u nas, a może na jakimś wspólnym spacerze, w każdym razie przy jakiejś okazji, kiedy coś robiłem z Hakerem, powiedziała: „Rozumiem, to jest właśnie pies, jakiego zawsze chciałeś. A my sprawiliśmy nam jamnika”.
Tak. Haker był psem, jakiego zawsze chciałem.
Pies Haker i bieganie
Młode malamuty pełne są energii. Jako szczeniaki są kochanymi, puchatymi kuleczkami, potem zamieniają się w welociraptory, a dopiero kiedy skończą trzy lata, stają się z powrotem psami.
Aby zapobiec dalszym zniszczeniom w domu (jedna wygryziona dziura w kanapie wystarczy), zacząłem biegać z Hakerem. To w końcu pies zaprzęgowy, bieganie ma w genach, może to zużyje mu trochę energii. Udawaliśmy się razem do lasu, każdy ze swoim elementem uprzęży (on szelki, ja pas) i spięci linką pędziliśmy przed siebie.
Na początku, zanim ja się rozbiegałem, myślałem, że trafił mi się jakiś wybrakowany malamut. Jakoś tak biegł, jakby robił mi łaskę. Jakby nie był w ogóle tym zainteresowany. Okazało się, że dla niego bieganie zaczyna się powyżej pięciu kilometrów. Poniżej tej granicy to ledwo jakiś troszkę bardziej aktywny spacer. Minęło wiele tygodni, zanim ja byłem w stanie przebiec taki dystans, ale kiedy wreszcie to się stało, odkryłem, że Haker to naprawdę świetny biegacz.
Biegaliśmy zawsze rano, w ramach porannego spaceru. Najpierw lekka rozgrzewka marszem, a potem zaczynaliśmy na poważnie. Obaj jedliśmy śniadanie dopiero po powrocie. Haker szybko się tego nauczył i kiedy biegliśmy moją ulubioną trasą (10-kilometrowy kwadrat po Puszczy Niepołomickiej), doskonale wiedział, gdzie jest półmetek. Do tego punktu trochę się ociągał („Stary, możemy jeszcze zawrócić i pojechać na śniadanie”), ale wiedział, że od tego punktu szybciej będzie po prostu biec pełnym pędem do przodu.
Razem braliśmy dwukrotnie udział w Hard Dog Race. Jako przedstawiciel rasy, która miała myśleć samodzielnie, kiedy biegnie w zaprzęgu, nie umiał zrozumieć idei biegu z przeszkodami. Niemal przy każdej przeszkodzie miał minę, którą wyraźnie mówił: „Człowieku, przecież możemy to obejść dookoła. Nie musimy wspinać się, skakać, czołgać czy biec slalomem. Będzie nam łatwiej”. Dobrze jednak, że łaskawie dawał się namówić na pokonywanie przeszkód i nie musiałem robić zbyt wielu karnych przysiadów. Poza basenem. Nie lubił pływać i nie dał się namówić na skok do basenu i przepłynięcie choćby kawałka. Były zatem przysiady.
Z wiekiem trochę się rozleniwił, mniej interesowało go bieganie, a więcej niuchanie wszystkiego przy trasie. Zamiast przyjemności ze wspólnej aktywności, była irytacja i frustracja, po obu stronach. W końcu przestałem zabierać go ze sobą. On wyrósł z biegania, ja przeciwnie, wciąż wciągam się w to coraz bardziej. Dzięki niemu.

Pies Haker i profesura
Haker był chodzącym spokojem (chyba że chodziło o jedzenie). Nie denerwował się, jak obce psy go oszczekiwały. Z racji gabarytów – malamut, bądź co bądź – mógł sprawiać wrażenie groźnego i niektóre psy, zwłaszcza te mniejsze, reagowały ostrzegawczym jazgotaniem. Haker był czasem nazywany Profesorem, bo umiał nauczyć te psy właściwego zachowania. Po prostu pokazywał, jak się trzeba zachowywać w stadzie. Taki piesek-jazgotek szczekał, szczekał, szczekał, a Haker go ignorował, aż w końcu nadchodził moment, kiedy rzucał po psiemu „Wyszczekałeś się już? No to chodź, idziemy na spacer”. I szedł spokojnie, pokazując zestresowanemu maluchowi, jak wygląda spokojny spacer w gromadzie.
Profesor Haker siłą swojego spokoju przetrzymywał atak szczekania i uczył, jak wygląda żyjące w harmonii psie stado.
Pies Haker i bronienie słabszych
Haker stał na twardym, niepodlegającym negocjacjom stanowisku, że szczeniakom wolno bardzo dużo i nie wolno robić im krzywdy. Zdarzało się czasem, że spotkał się z jakimś młodym pieskiem – ten mógł wtedy łazić po nim, szarpać go za uszy czy podgryzać ogon. Haker wyglądał czasem na zirytowanego, ale nigdy nie okazał zniecierpliwienia. Szczeniaków krzywdzić nie wolno.
Dotyczyło to także ludzkich szczeniaków. Kiedy dzieci były małe, bawiliśmy się czasem w „wojnę na łaskotki” czy podobne zabawy – Haker, gdziekolwiek by nie był, zjawiał się w parę sekund i obserwował, czy to na pewno jest zabawa, czy dziecku nie dzieje się krzywda. Korzystaliśmy czasem z tego w czasie zabawy i chowaliśmy się z wygłupami pod kocem – wsadzał wówczas pysk pod koc z miną „Co tu się dzieje?! Grzecznie się macie bawić!”
Byliśmy kiedyś na spacerze i zdarzyło się, że przechodzący ojciec krzyczał z jakiegoś powodu na swoje dziecko. Haker obserwował go z odległości, zjeżony, gotowy w każdej chwili ruszyć dziecku na pomoc.
Szczeniaków krzywdzić nie wolno i kropka.
Pies Haker i szósty zmysł
Haker miał sześć zmysłów: wzrok, słuch, węch, smak, dotyk – i wykrywanie, że ktoś je jabłko. Uwielbiał jabłka. Czasami wystarczyło, że wziąłem jabłko z patery z owocami, już wyglądał zza winkla, licząc na swój udział.
Byłem z nim kiedyś na wycieczce w górach. Zatrzymaliśmy się na popas na szczycie, w miejscu z pięknym widokiem i ławeczkami, z których można było cieszyć się panoramą. Niedaleko nas przysiadła para starszych państwa. Pani wyciągnęła z plecaka jabłko i zaczęła obierać je ze skórki. Haker zaczął się tak ślinić, że niemal groziło mu odwodnienie. Przełamałem poczucie wstydu i żenady i zapytałem, czy mógłbym dostać obierki, bo mój pies uwielbia jabłka. Państwo zgodzili się, co więcej, wyciągnęli z plecaka kolejne jabłko i podarowali mu całe.
Inną nieoczywistą rzeczą, którą wykrywał swoim szóstym zmysłem, była surowa marchewka. Uwielbiał ją chrupać, zawsze zjawiał się, kiedy ktoś ją obierał. Już pierwsze skrobnięcie obieraczki powodowało, że zjawiał się na progu kuchni z nadzieją na przekąskę w oczach.
Pies Haker i rzeczy, które psom szkodzą
Haker mógł zjeść wszystko, zawsze. Można by pomyśleć, że film „Wszystko, wszędzie, na raz” jest o nawykach jedzeniowych Hakera. To, że zjadł komuś pieczonki z talerza, to jeszcze nic. To, że wyjął komuś jabłko z ręki, to jeszcze nic. Haker zjadał też rzeczy, których psy zdecydowanie jeść nie powinny.
Pewnego pięknego letniego dnia zaprosiliśmy znajomych na grilla. Znając już jego maniery, przy takich okazjach zamykaliśmy go w kojcu. Dostawał oczywiście rekompensatę w postaci jakiegoś gryzaka. Wieczorem, kiedy zjedliśmy, ile można było zjeść, i uprzątnęliśmy resztę, Haker został wypuszczony. Poszedł, oczywiście, sprawdzić, czy nic nie zostało. Myślałem, że wszystko już sprzątnięte, ale coś jednak udało mu się znaleźć.
Zużyte tacki z grilla, tłuste, z przypalonymi kawałkami kaszanki i karkówki. Aluminiowe. Trzy.
Pożarł je. Zniknęły, zanim zdążyłem się zorientować, co się dzieje. Całe.
Problemy żołądkowe? Żadnych. Perforacja jelit? Skądże. Po prostu wydalił je. Nic mu nie było.
Innym razem zrobiliśmy ciasto owocowe posłodzone ksylitolem zamiast cukru. Psy nie mogą jeść ksylitolu, jest dla nich trujący. Pyszne ciasto, wyciągnięte prosto z piekarnika, zostawione na blacie, aby wystygło.
Kilka ruchów pyszczkiem. Zostały tylko resztki w kątach blachy. Zjadł całe, gorące jeszcze ciasto.
Cóż było zrobić? Do samochodu, pędem do zaprzyjaźnionej weterynarz. Krople na wymioty podane od razu. I nic. „Nie po to kradłem ciasto, żeby je teraz zwracać”. Pięć, dziesięć, piętnaście minut, decyzja do drugiej dawce kropli. Haker, znudzony czekaniem, kładł się, żeby się zdrzemnąć, co powodowało panikę (ksylitol u psów powoduje hipoglikemię). W końcu łaskawie zwrócił ciasto. Nic mu oczywiście nie było.
Pies Haker i wewnętrzny kot
Haker, jak każdy chyba malamut, był kotem w ciele psa. Miał swoje zdanie i nie zawahał się nigdy tego pokazać. Nie rozumiał tych wszystkich sztuczek, które często psy lubią robić.
Na przykład, aportowanie. Kiedy rzuciło mu się coś, poszedł po to i przyniósł. Za drugim razem spojrzał podejrzliwie i z ociąganiem poszedł i przyniósł. Ale za trzecim razem – o, nie, „najwyraźniej po prostu tego nie chcesz, skoro ciągle to wyrzucasz” – i już nie dało się go namówić na aportowanie.
Tak samo po kociemu traktował zakazy. Przecież jak czternaście razy w ciągu dnia powiedziałem mu, żeby wyszedł z kuchni (jako notoryczny złodziej jedzenia miał zakaz wchodzenia do kuchni), to nie znaczy, że ta komenda obowiązuje cały czas. Skąd biedny pies ma wiedzieć, czy wciąż ma nie wchodzić? Może teraz już wolno. Albo teraz. Albo teraz.
Pies Haker, noce i poranki
Haker lubił przebywać blisko ludzi. To nie był pies, który chętnie spędziłby cały dzień w ogrodzie; chyba że człowiek też tam był. Układał się zawsze w tym samym pokoju, w którym przebywał człowiek. Można by pomyśleć, że soundtrackiem jego życia był refren piosenki Lady Pank „Zawsze tam, gdzie Ty”.

Dotyczyło to także nocy. Nie lubił spać w łóżku (na szczęście!), ale w nocy spał w sypialni. W szczególności, zanim położyłem się do łóżka, on spał po mojej stronie. Kiedy już przychodziłem się położyć, musiałem przeprowadzić gimnastykę polegającą na przebraniu się w piżamę i wskoczeniu do łóżka bez nadepnięcia psa. I za każdym, ale to naprawdę każdym razem, kiedy już ułożyłem się, opatuliłem kołdrą… on wstawał i przenosił się w inne miejsce.
Wstawał też w nocy – czy to, by napić się wody, czy by zmienić boczek – a kiedy kładł się ponownie z głośnym łups! (masa ciała robiła swoje), zaczynał mlaskać. Nie było to mlaskanie związane z myciem łap czy coś w tym rodzaju. Po prostu leżał i mlaskał. Być może chodziło o to, żeby dobrze ułożyć sobie język do spania, ale mlaskanie było na tyle głośne, że budziło mnie w nocy. Mlask, mlask, mlask, aż zniecierpliwiony rzucałem zaspane „Haker, przestań już mlaskać!”
Kiedy nadszedł ranek, dzwonił budzik, ja wstawałem i kierowałem się do łazienki – Haker wciąż spał. Kiedy się ubierałem, spał. Dopiero kiedy szedłem do przedsionka i wołałem go na spacer, wstawał leniwie, człapał za mną, dał sobie założyć obrożę… i kładł się ponownie, przy drzwiach, jakby chciał powiedzieć: „Będziesz się jeszcze ubierał 5 minut, ja się w tym czasie jeszcze zdrzemnę”.
Pies Haker i podróże
Haker lubił podróże. Wystarczyło otworzyć bagażnik i powiedzieć „Hop!” i już był gotowy do drogi. Długa podróż samochodem? Żaden problem. Noc na promie? Oczywiście, „która koja moja?”. Kamperem po Szwecji? Tylko otwórz mi drzwi i wskakuję!
Lubił podróżować. Nie bał się samochodu, nowych miejsc, mógł chodzić po górach albo biegać po plaży (i kopać w niej dziury). Był nawet za kołem polarnym.
Jeździł w bagażniku, na dłuższe trasy przypinany za szelki dla bezpieczeństwa. Spał tam zazwyczaj i tylko czasem podnosił się, przekładał głowę nad siedzeniami, jakby chciał powiedzieć „Daleko jeszcze?” – czy raczej „czy ktoś powiedział »Otwórzmy chipsy«?”.

Pies Haker i przytulasy
Haker lubił głaskanie, mizianie, ale nie przytulasy. Przychodził chętnie, nawet do obcych, nastawiał się do głaskania, a nawet wywalał brzuszkiem do góry i dawał się tarmosić po brzuszku. Jednak umiał postawić granicę – głaskanie i mizianie tak, ale przytulasy już nie. Kiedy leżał i ktoś nachyliłby się zbyt blisko albo próbował przytulić, Haker wystawiał łapkę, kładł delikwentowi na klatce piersiowej i zapierał się o nią. „Możemy się głaskać”, zdawał się mówić, „ale na odległość łapki. Na odległość łapki!”. Delikatnie, z wyczuciem, ale stanowczo.
Niby tylko pies, wydawałoby się, tylko zwierzę, ale mógł nauczyć, jak stawiać i dbać o swoje granice.
Pies Haker i łuu-łuu
Byli tacy, którzy… nie powiem, że bali się go, może raczej czuli respekt, Haker w końcu był dużym psem, a kiedy spoglądał spode łba, mógł wyglądać groźnie, ale nie było chyba nikogo, kto by go nie lubił.
Haker lubił wszystkich. Przyjacielski względem każdego (z wyjątkiem tych, których podejrzewał o wrogie zamiary względem dzieci, oczywiście). Wystarczyło przyjazne spojrzenie, uśmiech, a podchodził, witał się, przymilał, nadstawiał do miziania.
A tych, których lubił najbardziej, witał machaniem ogona tak, że można było obawiać się, że tyłek mu odpadnie, oraz wspaniałym, malamucim łuu-ŁUU!
Pies Haker i nieobecność
Haker odszedł. Nie ma go już. Bardzo chorował, nie reagował na leczenie, ale odszedł spokojnie.
Świat ma teraz dziurę w kształcie Hakera. Zawsze tam będzie, nie da się jej wypełnić. Kiedy kładę się na kanapie, odkładam kapcie trochę dalej, bo tam, gdzie logicznie bym je kładł, było miejsce Hakera. Kiedy idę spać, też kładę je trochę dalej, bo pod samym łóżkiem leżał on. Zauważam te nawyki, widzę, że nie mają już sensu, ale nie chcę ich zmieniać. To odcisk Hakera we mnie. Chcę, żeby ze mną został.